„Miarą człowieczeństwa jest pomoc” – rozmowa z Wojciechem Kadulą o wolontariacie na Ukrainie
Są takie chwile w życiu, gdy słowa „pomoc” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Przestaje być tylko abstrakcyjnym pojęciem, a staje się konkretnym działaniem, wyborem, drogą. W świecie pełnym obojętności, gdzie łatwiej jest odwrócić wzrok niż wyciągnąć pomocną dłoń, spotykamy czasem ludzi, którzy idą pod prąd – tych, dla których pomaganie jest czymś naturalnym jak oddychanie.
Wojtusia znam od lat. Pewnie większość branży nieruchomości zna jako Kadulę. Pracowaliśmy razem w Otodom i spędziliśmy niezliczone momenty – te zabawne, gdy jego zaraźliwy śmiech sprawiał, że nie tylko ja ryczałam ze śmiechu, i te poważne, gdy prowadziliśmy rozmowy pełne sensu o życiu, wartościach, o tym, co naprawdę ważne. Niejednokrotnie razem przeżywaliśmy wzloty i upadki korporacyjnego życia, świętowaliśmy sukcesy i wspieraliśmy się w trudniejszych momentach.
Dziś chciałabym przedstawić Wam twarz Wojtusia z innej strony. Każdy, kto go zna, wie, że to fajny gość, że świetnie opowiada, że głośno się śmieje i zaraża tym śmiechem innych, że to po prostu dobry człowiek. Ale czy każdy wie, jak mocno angażuje się w pomoc? Chciałabym właśnie to Wam przybliżyć, bo warto – bo gdy inni się zastanawiają czy pomóc, on już jest na miejscu. Tu nie ma kalkulacji, tu jest serce, działanie, konkretna pomoc ludziom w potrzebie.
Gdy 24 lutego 2022 roku świat się zatrzymał, a wieści o rosyjskiej inwazji na Ukrainę obiegły glob, większość z nas z niedowierzaniem śledziła doniesienia medialne. Wojtuś nie czekał – wsiadł w samochód i pojechał na granicę, by na własne oczy zobaczyć, co się dzieje. A potem… potem po prostu zaczął pomagać. I robi to do dziś.

Wojtuś, od lat angażujesz się w pomoc Ukrainie. Możesz opowiedzieć o tym, jak zaczęła się Twoja przygoda z pomaganiem? Na czym konkretnie polega?
Wojciech Kadula: Wojna zaczęła się 24 lutego 2022 roku. Informacje dotarły do mnie następnego dnia – że Rosja wtargnęła na teren Ukrainy. Na początku nie wierzyłem, ale poranne przekazy medialne okazały się prawdziwe. Jako że mieszkam w Wieliczce, do granicy mam raptem 250 km. Chyba 27 lutego wsiadłem w samochód o 2:00 w nocy, żeby pojechać na granicę i zobaczyć na własne oczy, czy to co mówią w telewizji i piszą w internecie to prawda.
Za dwie i pół godziny byłem na granicy w Korczowej. Gdy zobaczyłem ten chaos i kobiety z dziećmi, które miały ze sobą tylko małą torebeczkę, ogrzewały się przy koksownikach bo było wtedy bardzo zimno… To przekonałem się, że to co pokazują w mediach to pikuś. Ta tragedia ludzi, którzy od 24 lutego z Donbasu czy z Doniecka przemieszczali się w kierunku Polski z dziećmi na rękach i nawet nie mieli żadnej walizki… Po prostu pakowali rzeczy, które są najbardziej potrzebne. Jak ci bombardują dom czy blok, twoje mieszkanie, to uciekasz w popłochu, niekiedy nie bierzesz totalnie nic.
Wrzuciłem jakieś zdjęcia na relacje na Facebooku i Instagramie, i tak zaczęły się do mnie kontakty od Polaków, którzy z otwartym sercem, umysłem i drzwiami do swojego domu pisali mi, abym przetransportował i zawiózł im pod dom te kobiety z dziećmi. Oni chętnie je przygarną, przenocują, pomogą. Ktoś miał tam rodzinę i prosił: „Czy nie mógłbyś przewieźć, przetransportować chociaż do Krakowa, Rzeszowa? Oni sobie potem dadzą radę, ja ich już tam ogarnę w mieście docelowym i pomogę”. I tak się zaczęło.
Pamiętasz jakieś szczególne historie z tego okresu?
Wojtuś: Nigdy nie zapomnę sytuacji, jak na przejściu granicznym Malej Beretnej, to jest słowacko-ukraińskie przejście graniczne, czekałem na dwie kobiety z dziećmi. Na przejściu granicznym ukraińskim w tych mrozach i tej śnieżycy na przekroczenie piesze granicy z Polską często czekało się 12 godzin. W końcu przyszły te dwie kobiety, wyziębione. Pogranicznicy dali im takie folie ogrzewające, takie jak się ratuje życie. Były bardzo zmarznięte z dziećmi, wychłodzone.
Po polskiej stronie był już punkt recepcyjny i gorąca herbata, kawa, jakieś batoniki – z głodu nikt by tam nie umarł, było to bardzo dobrze zorganizowane. Pytam czy chciałyby się napić kawy, herbaty, bo są wszystkie napoje bezpłatne. One nawet nie miały siły odpowiedzieć. Jak już podchodziły do samochodu, to zapytałem: „Gdzie macie walizkę? Gdzie macie swoje rzeczy? Chcę spakować do bagażnika”. A one miały tylko takie małe torebki, jak kobiety noszą – nie takie duże, że tam wszystko upchasz, tylko takie małe torebeczki na ramię, gdzie zmieści się raptem telefon, pomadka do ust i portfel. To był ich cały dobytek życia.
Mówię do nich: „Wsiądźcie do samochodu, zagrzejemy się”, włączyłem klimatyzację tam na 25 czy 27 stopni. Okazało się, że to był błąd, bo chyba tak nie można, że jeżeli ktoś tyle godzin jest na mrozie, a nagle wchodzi do ciepłego samochodu, to bywają problemy.

Organizacja zbiórek to z pewnością bardzo angażujące zajęcie. Trzeba zadbać o promocję, poświęcić czas na odbiór rzeczy, zorganizować logistykę i miejsce do magazynowania… Jak sobie z tym radzicie?
Wojtuś: Na początku Agnieszka Jabłońska tym wszystkim się zajmowała, a potem ja. Wrzucałem jakieś posty na Facebooka i ludzie dobrej woli po prostu reagowali, przywozili potrzebne rzeczy. Na początku wojny wszystko stacjonowało u nas, mój serdeczny sąsiad Kacper Batko też się zaangażował. Ludzie przynosili pampersy, pieluchy, karmę dla psów, kotów, makarony, produkty osobiste i tak dalej.
Wiem również, że logistyka w zorganizowaniu wyjazdu na Ukrainę nie jest łatwa. Mieliście problemy z wynajęciem busa, pamiętam. Możesz opowiedzieć o tym więcej? Jak teraz wygląda sytuacja z transportem? Skąd macie auto i czy podczas tych wyjazdów przydarzyły się Wam niespodziewane sytuacje?
Na początku wojny mieliśmy busa z Toyoty Polska, bo Agnieszka Jabłońska miała jakiś kontakt z Warszawy do dealera Toyota Polska. Ten bus był bezpłatnie użyczony i tak jeździliśmy. Potem Toyota już nie wyraziła zgody na przekraczanie granicy ich samochodami, bo „tam wojna, może być niebezpiecznie”.
Ja zająłem się organizacją przede wszystkim samochodu – skąd wziąć busa, żeby te wszystkie produkty się zmieściły i można było je dostarczyć, na przykład do miejscowości pod Czarnobylem, do Lwowa, do domów sierot wojennych. Było bardzo ciężko, pewnego dnia przedzwoniłem w Polsce chyba z 50 komisów czy wypożyczalni busów. Jak słyszeli hasło, że jedziemy na Ukrainę, to każdy odmawiał – „wojna, nie ma ubezpieczenia, nie ma takiej możliwości”.
Wtedy spotkałem się z Martą Porębską-Raś, moją klientką, właścicielką biura nieruchomości. Mówiłem jej, że mamy problem z busem, bo nikt nam nie chce wynająć, a mamy już produkty i rzeczy do zawiezienia dla potrzebujących. Ona mówi: „To nie ma problemu, dam ci numer do Kuby od busa”. Dzwonię do Kuby, mówię że jedziemy na Ukrainę i czy można jego busa wypożyczyć. On mówi: „Nie ma problemu”.

Od Kuby wynajmowaliśmy kilkukrotnie jego „Czarną Panterę”. Za dobę to kosztowało 350 zł, więc uruchomiliśmy zrzutkę i ludzie dobrej woli mogli nam wpłacać datki na samochód i paliwo. Często robiliśmy po 4000 km po Ukrainie. W początkowej fazie Agnieszka z własnej kieszeni to wszystko pokrywała, potem ja. Nie rozliczaliśmy tego jakoś specjalnie.
Były takie osoby, że jak jechałem i mówiłem o tym, to ktoś po prostu wpłacił z własnej nieprzymuszonej woli 5000 zł na zrzutkę. Nie zapomnę tego, tak się wtedy cieszyliśmy – mamy busa, mamy na paliwo, możemy pojechać do Irpienia, Buczy, Kijowa. To było coś wspaniałego!
Pamiętam, że mówiłeś, że z tym busem były problemy.
Wojtuś: Kuba zawsze mówił, że „Czarna Pantera” jest zajebista i nic się nie dzieje. Oczywiście, jak jeździsz po tych dziurach i robisz 4000 km po Ukrainie, to zawsze gdzieś zabraknie oleju albo opona się zepsuje.
Pamiętam, jak nam się opona zepsuła podczas ostrzału rakietowego. Byliśmy w Kijowie czy na obrzeżach Kijowa, rano się budzimy i mamy kapcia. Te śruby były tak zapieczone, że nie dało się odkręcić. Poprosiliśmy kogoś, żeby nam krzyżak pożyczył, bo klucz z kompletu do „Czarnej Pantery” nie wystarczał. Potem jakąś przedłużkę kombinowali Ukraińcy, w końcu odkręciliśmy tę oponę. Ludzie dobrej woli na Ukrainie zawieźli oponę swoim samochodem do jakiegoś wulkanizatora, naprawili i przywieźli za godzinę. Nic nie musieliśmy robić, ludzie pomogli nam sami z siebie. A byliśmy tam 1000 km od domu, więc była to trochę nerwowa sytuacja.
Pomocy potrzebuje bardzo wiele osób. Jak wybieracie miejsca, do których jeździcie? Co zastajecie na miejscu? Czy to są często te same osoby i miejscowości?
Wojtuś: Jak już zaczęliśmy jeździć, to wrzucaliśmy informacje na Facebooku, ktoś to udostępniał i zgłaszało się dużo osób, które chciały, abyśmy pojechali i pomogli.
My zawsze koncentrowaliśmy się na tym, żeby dostarczać pomoc własnymi rękami do osoby docelowej – przyjeżdżamy na miejsce i przekazujemy to, co jest potrzebne. Nie jesteśmy żadnymi wolontariuszami z organizacji. Wiesz, tak działają te fundacje – jadą na Ukrainę, wrzucają towar na jakiejś hali magazynu i potem nie wiadomo, co się z tym dzieje. My zawsze przekazywaliśmy to, co nam ludzie dali, do rąk własnych – czy to był dom sierot wojennych we Lwowie, czy pani Tatiana z Tarnopola, która z dwójką dzieci w ciężkich warunkach zimą przy 8-10 stopniach żyła, czy do wsi Dykietki pod Czarnobylem, gdzie starsze kobiety w wieku 60-80 lat cieszyły się z głupich rzeczy…

Możesz opowiedzieć jakąś historię z tych spotkań?
Wojtuś: Teraz mi się przypomniało, jak pojechaliśmy do Dykietek i mieliśmy jakieś podpaski, artykuły higieniczne dla kobiet. Jedna z nich, chyba miała na imię Waleria, około 80-letnia, mówi: „No ale przecież ja mam 80 lat i już nie mam okresu, więc weźcie to i dajcie tam, jedźcie w lewo, ulicę w prawo, bo tam jest kobieta, która potrzebuje”. Na wsi wszyscy się znają i wiedzą, kto czego potrzebuje.
Byliśmy tacy zmęczeni, dwa dni jazdy samochodem, a oni zaprosili nas na „stolichku nakryj”, czyli przygotowali wszystkie potrawy – 5 minut i było ogarnięte wszystko, od wódki po zakąski, mięsa, pierogi, wszystko.
Była tam sąsiadka Natalia, miała chyba 60-70 lat, i mówiła, że strasznie ją głowa boli. Pytamy, czy wzięła jakieś leki, Apap czy coś. A ona mówi, że nie ma takich leków, apteka jest 27 km dalej, a ona nie ma samochodu. Z Agnieszką Jabłońską, Kacprem Batko i Jarosławem Frankowskim stwierdziliśmy: dobra, jedziemy do tej apteki. Nakupiliśmy lekarstw za jakieś 300-400 zł, zapytaliśmy wcześniej, jakie potrzebują. Jak wróciliśmy z tą reklamówką leków, to one tak nam dziękowały, że prawie się popłakały ze szczęścia.
W ramach podziękowania te starsze kobiety przyszykowały dla nas pierogi z mięsem, sarniną. No wiesz, jak proponują, to nie odmawia się. Wszystko było pyszne. Potem się okazało, że to mięso z pierogów to była sarna zastrzelona przez rosyjskich żołnierzy! Mąż tej Walerii, jak się zaczęła wojna, znalazł kilka dni wcześniej truchło sarny, zawlekł ją do domu, ona to zamroziła i poczęstowała nas pierogami z tym mięsem. A sarna była zastrzelona przez rosyjskich żołnierzy, bo jak oni mówili, pod Czarnobylem, gdy żołnierze rosyjscy stacjonowali, to pijani strzelali do wszystkiego, w tym do dzikich zwierząt.
Tam była też taka masa komarów, że nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Nie dało się posiedzieć pod Czarnobylem na tym „stoliczku nakryj”, takie chmary komarów… Jak wróciliśmy do Polski, to chyba przez tydzień pisaliśmy sobie na WhatsAppie, że wszystkich nas swędzi pięta, kolano albo łokieć, bo tak nas pogryzły, że to się w głowie nie mieści.



Wiem, że byliście w miejscach, gdzie było słychać strzały lub były widoczne zniszczenia wojenne. Jak dbacie o to, aby być bezpiecznym?
Wojtuś: Alarmy bombowe i lotnicze są na porządku dziennym. Jest taka aplikacja ukraińska, która nazywa się Alert. Pokazuje na czerwono, gdzie są ataki bombowe, i praktycznie przy każdym wyjeździe zdarzało się to kilka razy dziennie – telefon wydaje wtedy przerażające dźwięki.
Jak byliśmy kiedyś w Kijowie, to rakieta rosyjska uderzyła w zakłady tytoniowe British American Tobacco, ukraińskiej filii, i akurat tam podjechaliśmy. Niedawno, jak byliśmy na Mikołaja wręczyć prezenty dzieciom, sierotom wojennym we Lwowie, to były chyba trzy albo cztery alarmy bombowe. Mimo tego, że ja byłem przebrany za Mikołaja, a Agnieszka za elficę, pani dyrektor zarządziła przerwę, bo tam są procedury – dzieci muszą udać się do schronu momentalnie.
W Irpieniu i Buczy widać zniszczenia – mosty, infrastruktura, wszystko było zawalone. Koło Irpienia jest składowisko wraków wojennych – samochodów, które zostały spalone przez rosyjską armię. Były tam też wraki czołgów i opancerzonych pojazdów, stały na poboczu. Zatrzymaliśmy się busem i powchodziliśmy do nich, Kacper wziął sobie jakieś naboje, łuski.
Po roku czy dwóch latach wojny ludzie przywykli do ataków. Jak jeździliśmy na przykład do Lwowa i szliśmy do restauracji na obiad, to ludzie już nie reagowali panicznie. Pamiętam, jak zamawialiśmy posiłek, kelner nagle zasłaniał rolety antywłamaniowe w czasie dnia. Pytamy: „Czemu Pan to zasłania?”, a on odpowiada: „Bo takie są procedury”.
Co zastajecie na miejscu, jak wygląda tam życie?
Wojtuś: Właściwie tam życie toczy się normalnie, wszyscy żyją, jakoś dostosowali się do warunków wojennych. W pierwszej fazie wojny było inaczej, był chaos. Potem… ciężko ocenić, czego potrzebują. Na pewno pokoju. Często mówili o polityce, o Stanach Zjednoczonych, o prezydencie Bidenie i Trumpie.
Jak byliśmy pod Czarnobylem, to na przykład Wika, kobieta około 70-letnia, była pracownica zakładów jądrowych w Czarnobylu, pracowała na bloku 3. Jest po amputacji piersi w związku z promieniowaniem. Mówiła, że jak wojska rosyjskie przechodziły ulicą, to ona siedziała na ławce i obierała ziemniaki. Mówiła: „No zgwałcić już jej, babuszki starej, to chyba nie zgwałcą” i sobie po prostu obierała ziemniaki, jak czołgi czy BTR-y jechały ulicą. Z tego co mówiła, miała pięciu mężów, ale każdy ją bił, więc jak któryś ją bił i molestował, to się rozwodziła”.
Czego najczęściej potrzebują ludzie, do których docieracie z pomocą?
Wojtuś: Przede wszystkim potrzebują leków, bo apteki są oddalone o wiele kilometrów, a nie mają jak się tam dostać. Potrzebują też podstawowych produktów higienicznych i żywnościowych. Dzieci potrzebują zabawek, a wszyscy potrzebują po prostu normalności i poczucia, że ktoś o nich pamięta.



Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w tych wyjazdach? Z jakimi wyzwaniami musisz się mierzyć?
Wojtuś: Najtrudniejsze są te emocje i zmęczenie. Czasami jeździliśmy 3 dni bez snu, zatrzymywaliśmy się z Agnieszką gdzieś na jakiejś stacji na Ukrainie na godzinę, zamykaliśmy oczy – to zmęczenie było nie do opisania. I te emocje oraz adrenalina, no i te bomby jak spadały…
Pod Czarnobylem, jak padał deszcz i chcieliśmy wracać do Polski, nie dało się wrócić, bo mosty były tymczasowe i poziom rzeki się podniósł po deszczach. Musieliśmy jechać jakimiś objazdami, w nocy, i to było przerażające. Na szczęście Agnieszka Jabłońska umie prowadzić samochód 48 godzin bez przerwy.
Jesteś osobą bardzo pomocną na co dzień. Jak myślisz, skąd u Ciebie to zaangażowanie społeczne?
Wojtuś: Myślę, że to wynika z tego, że zawsze lubiłem pomagać ludziom. Jak widzę, że ktoś potrzebuje pomocy, to po prostu reaguję. Nie umiem przejść obojętnie. A ta wojna była tak blisko nas, że czułem, że muszę coś zrobić.
Znamy się już tyle lat i wiem, że angażujesz się nie tylko, gdy ktoś potrzebuje pomocy w czasie wojny. Pamiętam jak razem pracowaliśmy, jak angażujesz się w sprawy swoich klientów, że zawsze można na tobie polegać… Pozytywne doświadczenia z pomagania lub otrzymywania wsparcia od innych mogą zwiększać zaangażowanie. Również jeżeli wychowywaliśmy się w środowisku, które dawało nam taki przykład – jak było u Ciebie?
Wojtuś: Myślę, że to wyniosłem z domu. Moi rodzice zawsze uczyli mnie, żeby pomagać innym, dzielić się tym, co się ma. A później, z każdym doświadczeniem pomocy, czułem coraz większą satysfakcję. To uzależnia – widzieć wdzięczność w oczach tych ludzi, wiedzieć, że zrobiło się coś dobrego.
Ukraina jest Ci bardzo bliska. Czy to związek z Twoimi studiami lub znajomościami z ludźmi z Ukrainy? Czy myślisz, że równie mocno angażowałbyś się w pomoc dla innych krajów graniczących z Polską? Czy jednak jest coś co sprawia, że ta sprawa bardzo Cię poruszyła?
Wojtuś: Tak, Ukraina stała mi się bliska przez te wszystkie wyjazdy i historie ludzi, których poznałem. Ale myślę, że równie mocno zaangażowałbym się w pomoc dla każdego kraju dotkniętego taką tragedią. To, co mnie poruszyło, to bliskość tej wojny – jak mówiłem, mam tylko 250 km do granicy. I te wszystkie ludzkie historie, te matki z dziećmi uciekające tylko z małymi torebkami… To po prostu złamało mi serce i nie mogłem siedzieć bezczynnie.
Pamiętam też taką historię z busem, którą mi kiedyś opowiadałeś…
Wojtuś: Ach, tak! Przypomniała mi się historia, jak byliśmy we Lwowie busem przy dworcu głównym. Do busa, który normalnie ma 9 miejsc, wchodziło 17-18 osób – kobiety z dziećmi, przerażone, nieufne, bo myślały, że wywieziemy je do jakiegoś burdelu w Niemczech. Na szczęście z nami zawsze jeździła Agnieszka Jabłońska – kobieta za kierownicą łagodzi obyczaje.
Na dworcu we Lwowie, jak przy każdym dworcu, jest ciasno, ciężko zaparkować, szczególnie busem, jak się na co dzień nie jeździ busem. W czasie wojny cofanie jest trudne, żeby nie uszkodzić samochodu. W busach, jak włączysz wsteczny bieg, to jest takie pikanie. Cofałem, włączyłem wsteczny bieg, i był taki chłopiec, może 10-letni. Zaczął bardzo płakać, spazmatycznie szlochać. Okazało się, że ten dźwięk pikania, jak bus wydaje na wstecznym biegu, to on myślał, że to jest atak bombowy.
Teraz przypomniało mi się też, że jak robiliśmy te transporty ze Lwowa czy z Tarnopola, to zawsze jak przekraczaliśmy granicę, mówiłem: „Witamy w Polsce!” – i oni często bili brawo. Zawsze mówili, że polskie drogi są fajne, bo jak przekroczyliśmy granicę, to mówili: „Równiutki asfalt, wszystko git.”


Kiedy planujecie następny wyjazd? Czego potrzebujecie? Jak można Wam pomóc?
Wojtuś: Planujemy kolejny wyjazd za miesiąc. Potrzebujemy przede wszystkim środków higienicznych, leków przeciwbólowych, materiałów opatrunkowych, żywności o długim terminie przydatności. Można też wpłacać na naszą zrzutkę, żebyśmy mogli wynająć busa i kupić paliwo. Każda pomoc się liczy!
Dziękuję Ci za tę rozmowę i za wszystko, co robisz dla innych. To naprawdę inspirujące.
Wojtuś: Dziękuję. Wiesz, to nie jest żadne bohaterstwo – po prostu robię to, co uważam za słuszne. Póki będzie taka potrzeba, będziemy jeździć i pomagać. Bo jak nie my, to kto?
