Skip links

Z backstage’u na front office – jak przemienić dekady pasji w przewagę konkurencyjną – rozmowa z Jarkiem Krawczykiem o specjalizacji, która się opłaca. 

Uwielbiam rozmawiać z ciekawymi ludźmi, bo każda taka rozmowa rozszerza moje horyzonty, rzuca światło na rzeczy, które widzę z innej perspektywy, pozwala dzielić się refleksjami. I zawsze coś ciekawego z tego wynika – nowe spojrzenie, nieoczekiwane wnioski, inspirujące historie. Myśli, myśli, myśli… Tym razem też tak było. O jak ja lubię rozmawiać…

Jeszcze pół wieku temu nasi rodzice czy dziadkowie rzadko zastanawiali się, czy ich praca jest do nich „dopasowana”. Liczyło się bezpieczeństwo zatrudnienia i stabilny dochód. Dziś pojęcie „dopasowania” nabiera nowego znaczenia. Zaspokojenie podstawowych potrzeb przestało być jedynym celem pracy. Ludzie zaczynają szukać w niej spełnienia i rozwoju osobistego.

Psychologowie podkreślają znaczenie zgodności pracy z naszymi predyspozycjami i wartościami. Zalecają szukanie pracy, która daje nam satysfakcję i poczucie sensu. Wszystkie te testy – Gallupa, Frisa i inne – mają nas przybliżać do tego, a w sumie przybliżają, aby żyć w zgodzie ze sobą. Bo większa konkurencja, szybkie tempo zmian technologicznych i rosnące wymagania wobec pracowników sprawiają, że praca staje się coraz bardziej wymagająca i stresująca. Dlatego ważne jest, aby była choć w części nasza – zgodna z naszymi predyspozycjami i dająca nam satysfakcję.

O tym właśnie rozmawiamy z Jarkiem Krawczykiem – od lat związanym ze światem muzycznym, który sam tworzył muzykę i pomagał muzykom w promocji. Zawodowo zajmował się PR-em w ośrodku kultury czy w korporacjach. Dziś jest właścicielem Band Agency – agencji marketingowej specjalizującej się w promocji artystów muzycznych. Historia Jarka to doskonały przykład na to, że warto zajmować się tym, co nas naprawdę interesuje i szukać sposobów na połączenie pasji z umiejętnościami zawodowymi.

Jarek Krawczyk Band Leader w Band Agency https://bandagency.pl/ , niegdyś Pijarek w Otodom, oczywiście potocznie, a normalnie PR Lead, gdzie zrobił kawał dobrej roboty!

No to zaczynamy. Rozmawiajmy…

Dorota: Pomyślałam, że może takim wstępem do tego wywiadu byłoby to, że ważne jest być na właściwym miejscu. Miałam taką refleksję, że kiedyś nasi rodzice, a może nawet dziadkowie, nie zastanawiali się, czy praca jest dopasowana do ich predyspozycji, do ich wartości. Szło się do szkoły, potem do końca życia w tej firmie się pracowało, nie myślało się o zmianie zawodu. Dlaczego to się tak pozmieniało?

Jarek: W ogóle częściej zmieniamy pracę. Kiedyś człowiek  szedł po szkole do jednej fabryki i aż do emerytury w niej pracował. Moja babcia miała chyba trzy prace w życiu, z czego w trzeciej pracowała przez 40 lat. Po prostu były takie utarte tory, na które wjeżdżaliśmy i które prowadziły w konkretne miejsce. Nie było też może takiej możliwości czy momentów na zmiany.

Dorota: Chyba nie mieli takich możliwości. Świat jakby miał mniejsze pole widzenia, skupione na podwórku, swojej dzielnicy. Także może nie widzieli takich możliwości. Ale też pewnie świat był bardziej poukładany. Praca nie zajmowała tyle energii, nie tracili tyle sił. Oni pracowali 8 godzin, fajrant i robili swoje, naładowali akumulatory. Większy nacisk był na rodzinę, rzadko kto zostawał po godzinach lub przynosił robotę do domu. Dlatego może to nie musiało być zgodne z predyspozycjami. Dziś bez pracy zgodnej z predyspozycjami to krótki dystans i nie wiadomo, gdzie się skończy – wypalenie zawodowe, frustracja, ale i gorsze rzeczy jak nałogi czy choroby.

Ale przejdźmy do Ciebie. Chciałam zacząć od tego, że ze środowiskiem muzycznym jesteś związany od lat. Szkoła muzyczna i co potem się działo?

Jarek: Po szkole muzycznej stwierdziłem, że nigdy więcej nie będę na niczym grał, że mam dosyć. Wytrzymałem chyba pół roku, bo przyszli koledzy z gitarami, pobawiliśmy się w próbę i skończyło się tym, że poszedłem do sklepu i kupiłem najtańszą gitarę elektryczną. Kompletnie nie umiałem grać na gitarze, bo uczyłem się na fortepianie. Zacząłem sobie komponować, grać, potem w liceum pojawiły się pierwsze projekty, pierwsze zespoły z kolegami.

Mieliśmy chyba trzy kapele w podobnym składzie, tylko w każdej był inny lider, potem jednak wybraliśmy jeden zespół i kontynuowaliśmy go nawet w czasie studiów. Trafiłem na studia kulturoznawcze, a że muzyka była mi bardzo bliska, wiedziałem, że pewnie w okolicach muzyki będzie się kształtowała moja przyszłość.

Oczywiście największą nadzieję miałem na to, że będę gwiazdą rocka i będę z tego żył, ale cały czas się trochę zabezpieczałem. Na studiach również zajmowałem się dziennikarstwem, poszedłem do radia, prowadziłem swój portal o muzyce, co potem przydało się w pracy zawodowej. Zakładałem też, że jak nie wyjdzie z muzyką, to w najgorszym wypadku wyląduję w jakimś domu kultury. I żeby było śmieszniej – tak się stało!

Dorota: Ale były zespoły, były Żelki, był Hello Mark, tak?

Jarek: To były te dwa ostatnie. Wcześniej był zespół Debbie Bliss, a wcześniejszych nawet nie ma co wymieniać.

Hello Mark

Dorota: W tym czasie zajmowałeś się też promocją innych artystów?

Jarek: Głównie byłem osobą odpowiedzialną za promocję zespołów, w których grałem. Był taki epizod w 2007 roku, że zacząłem współpracę z Brytyjczykami z Poznania, którzy mieli punkowy zespół Alien Autopsy. 

Nagrywaliśmy w jednym z poznańskich pubów i w domu, zorganizowałem im trasę koncertową, udało się zagrać w „Kawa czy herbata” w telewizji, spotkać się z Tymonem Tymańskim. Tymon bardzo fajnie i otwarcie opowiadał, co należy zrobić, żeby się mogło udać. Na tamte czasy to była super wskazówka, bo nie było żadnych programów typu Tak Brzmi Miasto Inkubator czy Akademia Managerów Muzycznych, nie było blogów i podcastów na ten temat. Dowiadywało się tego po knajpach, od znajomych.

Tymon poświęcił nam dużo czasu i opowiedział cały cykl. Część rzeczy się udała, część nie. Kiedy płyta była już w tłoczni, zadzwonił Tymon, że przesłuchał sobie i to jest zajebiste, chciałby zmienić ten zespół u siebie w Biodro Records. Stwierdziłem, że dla chłopaków to super szansa, żeby pójść dalej z Tymonem niż siedzieć ze mną i wypuściłem ich w świat. 

Dorota: Potem przyszedł ośrodek kultury, czyli też muzyka… Czyli muzycznie byłeś wtedy zaangażowany?

Jarek: Nie było to doświadczenie wyłącznie muzyczne, bo to był dom kultury, nie agencja koncertowa. Promowaliśmy zarówno festiwal bluesowy, koncerty Krzysztofa Zalewskiego, Bass Astral x Igo, Lao Che, Łąki Łan czy Lecha Janerki, jak i dziecięcy zespół pieśni i tańca ludowego czy koło kulinarne. To połączenie było fajne, bo można było zobaczyć różne światy, ale wiadomo, że mój świat był najbliżej muzyki.

Dorota: A PR uczyłeś się na studiach?

Jarek: Byłem na kulturoznawstwie, mieliśmy przedmiot PR, nie pamiętam z niego zbyt wiele.

Dorota: PR był takim planem B, gdyby ci się z muzyką nie ułożyło? Czy myślałeś, że z muzyki trudno się utrzymać?

Jarek: Wiedziałem, że z muzyki trudno się utrzymać i chciałem mieć jakąś drugą opcję. Nigdy się nie dowiem, czy to było dobre czy złe, bo znam ludzi, którzy postawili na muzykę i robią ją cały czas, lata lecą i nadal nie odnieśli sukcesu, na który zresztą w pełni zasługują. 

Ja byłem bardziej  asekuracyjny. Planem B może nie był PR, ale dziennikarstwo. Myślałem, że może będę dziennikarzem muzycznym. Pracowałem w radiu, robiłem materiały kulturalne i muzyczne. Po półtorarocznej współpracy, która była całkowicie darmowa, doszedłem do ściany – przestałem się uczyć nowych rzeczy, przestałem się rozwijać, a jednocześnie nie widziałem perspektyw na rozwinięcie współpracy i krok do przodu.

Wiedziałem, że wszystko, co mogłem tam dostać, dostałem. Stanąłem przed wyborem: mogę dalej przez kolejne lata przychodzić i za darmo pracować, może dostanę umowę o dzieło, ale korytarzowo słyszałem o jakich kwotach mowa i jak trudno jest takie dzieło dostać w mediach. To jest zawód dla pasjonatów i niewiele różni się od muzyków – bardzo ciekawy i inspirujący, ale nie do końca opłacalny

Mój przyjaciel,  Michał Kmieciak, w tym czasie prowadził pierwszy kulinarny portal w Polsce. Przyszedł do mnie z propozycją, czy będę mu pomagać go rozwijać. Stwierdziłem, że to bez sensu, bo “kto będzie chciał czytać o jedzeniu”?. Kompletnie się myliłem – potem powstały Master Chef, całe kanały telewizyjne, influencerzy kulinarni. Jedzenie stało się super tematem.

Podpatrywałem, jak Michał prowadzi ten portal i pomyślałem, że może spróbuję zrobić muzyczny. Pamiętam pierwszy wywiad z zespołem The Car Is on Fire, mówiłem, że to nowy portal i chciałbym w nim odejść od schematu “towarzystwa wzajemnej adoracji”. Założenie było proste: jak napiszemy, że płyta jest zajebista, to ona jest zajebista i ludzie pobiegną do sklepów, ale nie będzie poklepywania, twierdzenia, że wszyscy domyślnie są super.

Borys Dejnarowicz zapytał, czy znam Porcys, do którego pisał, a ja w ogóle nie znałem, więc się grubo skompromitowałem. Ale poznałem go potem – mieli ciekawe podejście, mieszali z błotem część artystów, a innych wychwalali pod niebiosa. Mój zespół akurat trafił do pierwszej grupy :).

Ten rok robienia portalu i obróbki tekstów bardzo mi pomógł – dostawałem kilkadziesiąt informacji prasowych dziennie, trzeba było selekcjonować, obrabiać, szukać informacji w innych źródłach, redagować. To wszystko przydało się potem w pracy w Ośrodku Kultury, gdzie byłem PR-owcem w szerokim rozumieniu – robiłem też skład graficzny, projektowałem plakaty, montaż reklam video do autobusów, rozwoziłem papierową gazetę, prowadziłem social media…

Dorota: Potem był czas korporacji, gdzie nie miałeś styczności z muzyką w pracy. Czy czułeś się wtedy na swoim miejscu? Praca w korporacji zostawia mniej energii na pasje.

Jarek: Na pewno to odczułem. Pamiętam, jak przyszedłem do Grupy OLX, po tygodniu czy dwóch leciałem do Budapesztu na BUSH – festiwal showcase’owy, na który byłem wcześniej zaproszony. Miałem poczucie, że absolutnie nie mam tam nic do załatwienia – jak mam promować artystę z Węgier na polskim rynku, skoro nie będę miał czasu?

W okresie pracy w korporacji coraz bardziej rezygnowałem z muzycznych aktywności. Jeszcze pewne rzeczy się działy, byłem managerem Michała Kmieciaka, organizowałem Piano Day w Poznaniu, ale były to rzeczy, których nie dało się przeskoczyć. Siedzę w pracy, a tu dzwoni pani z Urzędu Miasta, bo faktura o 20 złotych się nie zgadza i prosi, żebym poszedł do restauracji i poprosił o korektę. Pamiętam tę frustrację – wolałbym jej oddać te 20 złotych, żeby się odczepiła.

W czasach pandemii robiliśmy #zdalnegoagenta. Jarek świetnie to prowadził, goście też byli bardzo ciekawi. Podsumowując: ciekawe pytania i pełnowartościowe odpowiedzi. czyli dobra dawka wiedzy

Coraz bardziej mnie to męczyło, było to nie do pogodzenia i musiałem zrezygnować z aktywności muzycznych prawie całkowicie. Byłem przed tym ostrzegany przez koleżanki i kolegów, żeby nie stawiać wszystkiego na jedną kartę, ale jednak postawiłem. Na jakiś czas.

Dorota: Jak to się mówi – wszystko jest po coś 🙂

Jarek: Gdybyś mnie zapytała, czy żałuję tego okresu w korpo, to w ogóle nie żałuję. Zawsze mnie napędzało to, żeby się uczyć. Doświadczenie z radia było świetne, bardzo się przydało. Portal, który nigdy nie wszedł w fazę zarabiania, też mi dużo dał. W ośrodku kultury siedziałem 8 lat, z czego ostatnie 2-3 lata już naprawdę wszystko wiedziałem, nic nie było w stanie mnie zaskoczyć. To był jeden z powodów, dla których myślałem o zmianie – nie chciałem stagnacji.

Czasy pracy w korpo to był zupełnie inny świat. Musiałem się przestawić na to, że jest grafik, który zrobi mi grafikę – wystarczy mu powiedzieć i on to zrobi. Nikt nie będzie klaskał, jeśli wyjdę poza swój obszar i zrobię coś dodatkowo, bo od tego są ludzie. Każdy jest od czegoś.

Ten sposób pracy, skala działań, duże budżety – to wszystko było inspiracją. Dzisiaj prowadzę  agencję marketingową, a prawdopodobnie gdybym nie przerobił pracy z kilkoma agencjami, nigdy bym własnej agencji nie założył. 

Ale tu przydało się też doświadczenie i stały kontakt z branżą muzyczną, gdzie mamy z jednej strony agencje zajmujące się koncertami, z drugiej PR-em, z trzeciej ADSami. Nie było jednej agencji, która jest w stanie 360 stopni pociągnąć całą karierę artysty – od strategii przez social media, PR, prowadzenie newsletterów, komunikację z fanami, ale też koncerty. Ta komplementarność naszej oferty jest naszym wyróżnikiem, ale na to bym nie wpadł, gdyby nie bliskość obu światów – agencyjnego i muzycznego.

Jaruś – sesja do swojej firmy! https://bandagency.pl/

Dorota: Był moment, gdzie poczułeś w ciele brak tej muzyki? Jak się to objawiało?

Jarek: Całkowicie nie utraciłem kontaktu z muzyką, bo cały czas robię muzykę do spektakli teatralnych. Robiłem po nocach i z dużym wysiłkiem również w czasach korpo. Również wczoraj w nocy do pierwszej nagrywałem muzykę morską dla grupy teatralnej – scena, w której pojawiają się różne morskie stwory.

Z jednej strony tęskniłem za graniem. Chodząc na koncerty miałem poczucie, że zapominam, jak jest po drugiej stronie sceny. Na czterdziestkę zrobiłem sobie prezent w postaci koncertu zespołu „Starość”, który założyłem z tej okazji. Mam cichą nadzieję, że ta Starość będzie istniała, tylko w tej chwili nie mam możliwości czasowych, żeby to odpowiednio rozwinąć.

Zachowały się też kwestie towarzyskie – pomimo że nic nie robiłem w branży, cały czas znałem tych ludzi, zapraszali na koncerty, jeździłem na branżowe festiwale jak Great September do Łodzi. Nie miałem  absolutnie nic do załatwienia z branżą, ale kontakty towarzyskie były utrzymywane. To ułatwiło mi potem decyzję o powrocie.

Dorota: Czyli nie było u ciebie całkowitego przebranżowienia, tylko połączyłeś swoje dwie drogi – PR i muzykę – w jedną?

Jarek: Ale był moment, gdzie nastąpił punkt zwrotny. Nastąpił dwa razy – najpierw w korporacji, potem w start-upie. W obu miejscach odczułem to samo.

Dorota: Jak się to u Ciebie przejawiało?

Jarek: To bardzo jasna historia – poczucie, że to co robię nie ma żadnego sensu. W momencie, kiedy siedziałem na spotkaniu, słuchałem co ktoś ma do powiedzenia, robiłem notatki i byłem w stanie tę robotę wykonać, ale czułem, że to nie ma sensu. Poszukiwałem czegoś, co faktycznie będzie wartością dla klienta, co mu będzie pomagało.

Miałem muzykę z tyłu głowy i wymyśliłem, że może warto nieść kaganek rozwoju marketingu muzycznego, bo faktycznie tego trochę brakowało.

Dorota: Pamiętasz moment, kiedy pierwszy raz narodziła się w Tobie myśl o agencji?

Jarek: Tak, pierwszy pomysł był jeszcze dwa lata wcześniej niż firma powstała, jeszcze w czasach korpo. Był to dla mnie plan C – wiedziałem, że mam dwa wstępne zaproszenia do pracy, ale jak nie wyjdzie ani tu, ani tu, to sobie zrobię agencję. Miałem wtedy nastawienie na bezpieczeństwo, kredyt, trzeba być zachowawczym.

Po raz pierwszy to mi strzeliło podczas jakiegoś calla, kiedy musiałem słuchać rzeczy, które nie miały absolutnie żadnego znaczenia i kiwać głową. Nie pamiętam, która to była rozmowa, ale pamiętam, że zacząłem kombinować. Nawet miałem wymyśloną nazwę agencji – teraz pod tą nazwą funkcjonuje inna, całkiem spora agencja. 

Bardzo długo myślałem o tym, żeby rozkręcać to po godzinach . Nawet jak wizja agencji była bardzo wyraźna, początkowo miałem zachowawcze podejście – może nie kupujmy Photoshopa, który będzie kosztem  co miesiąc, tylko Affinity, który płaci się raz.

Gdybyśmy mieli wszyscy po godzinach to ciągnąć, dawno byśmy się zamknęli.

Dorota: Był czas, że próbowaliście po godzinach i nagle stwierdziliście, że to tak nie pojedzie?

Jarek: To nie było nagle. Próbowaliśmy po godzinach i sprawy się rozwijały w żółwim tempie. Stwierdziłem, że jedna osoba musi być full time i będę nią ja. Ekipa zaczęła coraz bardziej przechodzić na stałe.

Pamiętam, że na pierwszym spotkaniu kreśliłem wizję, że to szybka akcja – za 3-4 miesiące wszystko będzie jasne, będziemy wiedzieli czy to się uda. Okazuje się, że mamy już ponad rok  i nadal nic nie wiadomo. Jest dużo przesłanek, że to się ma prawo udać, mamy klientów, którzy są zadowoleni, ale nadal nie mamy komfortu stabilności.

Dorota: To krótki czas. Niektórzy jak startują, to przez pierwsze pół roku szukają klientów. Powiedz mi, ten moment kiedy stwierdziłeś, że musisz w to wejść głębiej – co wtedy poczułeś?

Jarek: Czułem jakiś rodzaj ekscytacji, jakiś rodzaj strachu, który czuję nadal. Oba te uczucia są cały czas, ale jednocześnie czułem, że to konieczne i że nie mam co do tego wątpliwości.

Dorota: Marzenia to ekscytacja plus lęk. Dopóki marzenie jest w szufladzie, to jest spoko, ale jak wystawiasz je na ocenę i może się zderzyć z rzeczywistością… Najgorzej jak zaczynasz coś robić i się okazuje, że jednak nie dla ciebie. To musi być frustrujące, że latami trzymałeś coś w szufladzie, a się okazuje, że to nic nie było.

Jarek: Od początku formuła była taka, że nie będę jednoosobową marką osobistą, która coś doradza zespołom, tylko agencją łączącą specjalizacje różnych osób. To też ryzyko finansowe – wydatki są spore i jest odpowiedzialność za siebie i całą ekipę.

Dorota: Wracając do łączenia twoich dwóch dróg – pasja plus doświadczenie to musi być mistrzostwo w specjalizacji. Zawsze jak widzę, że po drugiej stronie mam pasjonata, który np. doskonale naprawi gramofon, bo gramofony to jego życie, to zdecydowanie powierzam mu swój sprzęt.

Jarek: Myślę, że tak, miałem też świadomość. Klienci to czują, bo odwołuję się do doświadczeń. Widzę co się dzieje i jakie rzeczy czasami trzeba poprawiać po innych. To doświadczenie pomaga, klienci też to dostrzegają.

Dorota: Myślę o tym, czy uniwersalność w marketingu to rzeczywiście przewaga. Gdy agencja przechodzi od promowania jogurtów do obsługi muzyka, czy nie gubi się tego, co najważniejsze – zrozumienia specyfiki branży, jej kodów, tego, co naprawdę porusza odbiorców? Już patrząc na to, jak klienci doceniają, że znam ich branżę nieruchomości, bo siedzę w niej wiele lat… a co dopiero muzyka! Muzyka to przecież nie tylko produkt, ale też emocje, tożsamość, relacja z fanami.

Jarek: Nie chciałbym mówić, że tylko my potrafimy. Są agencje, które obsługują muzyków – jak Dawid Podsiadło wydaje płytę, to nie siada z managerem i nie wymyślają we dwójkę, że  postawią budkę z lodami na rynku. Agencje sobie z tym radzą, ale traktują to jak każdego innego klienta.

Z drugiej strony  pamiętam Dorota z naszych wspólnych czasów, jak agencje przechodziły na przetargi i opowiadały totalne bzdury, proponowały duety artystów, którzy się prywatnie nienawidzą, nie wiedząc o tym. Trochę brakowało im insiderskiego know-how.

Oczywiście, dobrzy specjaliści od marketingu czy PR-u – czy dostaną ubezpieczenie, jogurt czy muzykę – sobie z tym poradzą. Ale tak jak ty specjalizujesz się w nieruchomościach i masz przewagę nad większymi agencjami, bo znasz branżę na wylot, tak samo ja mogę o sobie powiedzieć w przypadku muzyki.

Dorota: Myślisz, że agencje powinny się bardziej specjalizować?

Jarek: Ja taką drogę wybrałem, bo dostrzegłem niszę w muzycznym wątku. Wydaje mi się, że to ma sens, bo agencji zajmujących się wszystkim jest bardzo wiele. Czas na wdrożenie, żeby poznały rynek, to przepalanie pieniędzy klientów.

Czy tak powinno być, że każda agencja musi się koniecznie specjalizować? Myślę, że nie. To jak z telewizją – masz kanały ogólnotematyczne i takie tylko ze sportem albo newsami. Jedne i drugie mają swoją rolę.

Wartością są agencje, które potrafią obsłużyć jednocześnie dewelopera, bank i producenta wódki. Z drugiej strony trend specjalizacji się nasila i jest naturalny. Sam widzę, że pewne procesy wprowadzamy i za pierwszym razem zajmuje nam to dużo więcej czasu niż za drugim i trzecim.

Firmy takie jak nasza mają rację bytu, bo 

w muzyce też się pozmieniało. Kiedyś trzeba było nauczyć się grać, napisać dobre piosenki i dostać kontrakt z wytwórnią. Wytwórnia zajmowała się resztą – przychodził stylista, PRowiec, ktoś załatwiał wywiady.

Dziś możesz nagrać płytę w mieszkaniu, wrzucić na Spotify i YouTube, założyć social media i zdobywać fanów. Ale pojawia się problem – jeśli postanowisz być influencerem, żeby promować muzykę, przestajesz mieć czas na jej robienie.

Dorota: i jeszcze muzyka AI 😀

Coraz więcej. Ale i tworzonej przez ludzi muzyki powstaje znacznie więcej niż kiedyś. Wyobraź sobie, że 99,5%% piosenek nie przekracza tysiąca odsłuchań na Spotify! Jest bardzo duży nadmiar muzyki. Każdy ma oczekiwania, że jak wrzuci piosenkę, wszyscy się zachwycą, ale tak to nie działa.

W momencie, kiedy chcesz to sprzedać, musisz ubrać to w produktowe myślenie i zapewnić działanie marketingowe – własnym sumptem czy zlecając fachowcom. Robienie marketingu samemu jest możliwe i są osoby, które robią to świetnie dla siebie, ale to zdecydowana mniejszość.

Nie każdy ma jednocześnie talent do napisania dobrej piosenki i do wrzucania rolek czy TikToków. 

Ale czasem wystarczy, żeby artysta się przełamał i spojrzał w telefon, nagrał coś., Mówimy: „hej, masz przemyślenie po festiwalu, nagraj o tym rolkę, my ją wrzucimy i spróbujemy wywołać dyskusję” i to działa dużo lepiej niż zostawienie artysty samego , żeby na to wpadł, ułożył scenariusz, zwrócił uwagę na szczegóły techniczne.

Dorota: Zastanawiam się nad zakresem waszej specjalizacji – czy wasze działania obejmują tylko promocję gotowego produktu, czy też macie wpływ na kształtowanie artystycznej wizji? Kiedy artysta przychodzi z demówką, czy wasza rola kończy się na promocji tego, co już ma, czy też możecie wpływać na kierunek jego rozwoju – powiedzmy, sugerować, że druga płyta powinna być bardziej mainstream, żeby dotrzeć do szerszej publiczności?

Jarek: Na etapie doradztwa – rozmawiamy Jak przyjdzie z drugą płytą, a będzie słaba, to powiemy, że uważamy że słaba, ale to jego decyzja. Spróbujemy to wypromować jakby było diamentem.

O kształcie muzyki decyduje artysta, ale mamy możliwości doradcze i z nich korzystamy. Klienci potrafią podziękować za powiedzenie prawdy między oczy, jak widzimy, że są w ślepym zaułku.

Dorota:  Gdybyś miał powiedzieć coś mądrego, może nawet brzmiącego jak patos, o poszukiwaniu własnej drogi – dla tych, którzy czują, że tkwią w niewłaściwym miejscu, ale boją się zmiany, bo przecież „stabilna praca to podstawa”… Jak przekonać kogoś, że warto zaryzykować autentyczność?

Jarek: Na pewno wniosek z tej historii jest taki, że warto podążać za nie tylko marzeniami, ale tym, co się czuje. Parę razy po drodze radykalnie zmieniałem różne rzeczy i wszystko mi się ostatecznie przydało. Ta ostatnia zmiana i pójście “na swoje”, ale w sposób przemyślany i z doświadczeniami ze wszystkich poprzednich miejsc, wygląda na dobrą decyzję.

Warto słuchać siebie i zastanawiać się, czy chodzę do pracy tylko dla pieniędzy, czy mam z tego jakąś satysfakcję i poczucie celu, wiarę, że to ma sens.

Jestem pewien, że gdybym po kulturoznawstwie postanowił być menadżerem muzycznym – a to była jedna z rozważanych opcji – bez tych doświadczeń, które pojawiły się po drodze, za dużo bym nie zdziałał. Nie tylko branżowych doświadczeń, ale tego, jak funkcjonuje zespół marketingu – to trzeba było zobaczyć, żeby być w stanie to zbudować na nowo.

Może cię zaskoczę na koniec – to też nie jest najbardziej wymarzona praca marzeń. Wydaje mi się, że moja najbardziej wymarzona praca to zamknięcie się w studiu, tworzenie i brak telefonów, maili… “Pośród ogrodów siedzi ta królewska para”, jak w “Dniu Świra”, a ja sobie siedzę i nagrywam piosenkę. 

Dorota: Może to tylko twoje wyobrażenie, a jakby tak było, tęskniłbyś za PR-em?

Jarek: Bardzo możliwe. Może to będzie fajna klamra tej rozmowy – nawet jak zrealizujesz marzenie i robisz to, o czym marzyłeś, może pojawiać się myśl, że fajnie by było spróbować czegoś innego. Może warto po godzinach tego czegoś innego popróbować.

Dorota: Jarek, dziękuję Ci za tę rozmowę. O, jak miło było! Przez parę lat razem współpracując miałam okazję obserwować Cię. Widziałam, kiedy Jarek ma iskrę w oku i kiedy przygasa i jest zmęczony. Warto słuchać siebie, ale też być praktycznym i pamiętać, że wszystko ma swój czas. A każde doświadczenie – nawet to, które wydaje się nam niepotrzebne lub frustrujące – może się przydać w nieoczekiwanym momencie. By potem łączyć pasję z pracą… w której sporą część swojego czasu spędzamy, więc warto, aby była satysfakcjonująca, nasza, choć w jakimś procencie.

Powiem tak, gdybym tylko śpiewała lub grała, zgłosiłabym się właśnie do Ciebie. Uwielbiam ludzi z pasją, bo oprócz wiedzy w branży mają zaangażowanie, energię do pracy, chcą tworzyć. A nie odrabiać pańszczyznę.masz przestrzeń na nową artystkę? Bo tak się nakręciłam… że chyba pójdę na lekcje śpiewu 😀

Życzę Ci, żeby Band Agency rozwijała się tak, jak sobie założyłeś, żeby za rok mogłeś opowiedzieć te success stories, o których marzyłeś, niekoniecznie z plakatem Dorki :D. A Ty, jeśli jeszcze to czytasz, życzę, żeby twoja historia dodała Ci odwagi do poszukiwania własnej drogi – tej, która łączy pasję z profesjonalizmem, zainteresowania z umiejętnościami.

Jarek: Dziękuję za rozmowę, Dorka. Mam nadzieję, że za rok rzeczywiście będę miał te historie do opowiedzenia. I ćwicz. Może będzie plakat.


Jarek Krawczyk jest właścicielem Band Agency – agencji marketingowej specjalizującej się w kompleksowej obsłudze artystów muzycznych. Przez lata pracował w PR-ze, dziennikarstwie muzycznym i korporacjach, cały czas utrzymując związek z muzyką jako twórca i promotor. Jego agencja oferuje usługi 360 stopni – od strategii marketingowej, przez social media i PR, po grafikę, video i organizację koncertów.

Leave a comment

Tak zwane ciasteczka są po to, by łatwo i wygodniej korzystać ze stron internetowych. Mam i ja! Akceptujesz to?